Zawsze byłem sprzeczny ze światem. Kiedy wszyscy mówili: "Jesteś kowalem własnego losu", a ja wiedziałem, że to kłamstwa. Moje przeznaczenie było zapisane w księgach, a wiedźmy uzgodniły czego muszę dokonać. Nic nie mogłem zmienić.
Tak samo kiedyś ktoś powiedział, że przyszłość to same domysły. To wszystko co o niej wiem, mogę sam zmienić. Nie mogę. Bo jeśli przyszłość mówi, że zginę w szkole, to nawet jeśli celowo będę jej unikać i tak się tam dostanę i przez to, że w niej nie byłem umre. Śmierć zawsze ma wszystko zaplanowane. Co z tego, że coś zrobie jeśli moc jest krok przede mną. Lub gdy ktoś mówi: "Bądź sobą!". To jest najgorsze. Nie tylko w przypadku przemienionych, bo jasną rzeczą jest, że się nie ujawnimy. Gorzej bylo w przypadku ludzi. Gdy wpajano to grzecznym, kulturalnym dziewczynom. Dla nich bycie sobą było wyzbyciem się wszelkich oznak przyzwoitości. To był sztylet w serce, kiedy po ulicy szła wymalowana dwunastolatka, od której pachniało papierosami. Oczywiście rozmawiając przez swój najnowszy smartphon musiała przeklinać co drugie słowo. Mówiła gwarą. Pozbawiona szacunku mała zdzira.
Bądź sobą...
Nie! Nie bądź.
piątek, 27 lutego 2015
28
27
To zabawne, że w takim miejscu jak moje miasteczko żyje więcej istot nadprzyrodzonych niż zwykłych ludzi.
niedziela, 22 lutego 2015
26
Tej nocy miałem sen. Inny niż wszystkie pozostałe, chociaż równie dziwny i tajemniczy. Stałem w centrum miasta. Domy zawalały się i paliły, ludzie nerwowo uciekali z krzykiem. A ja stałem. Przyglądałem się matkom biegnącym z niemowlętami na rękach, widziałem przewracające się słupy elektroniczne i uciekających mężów nie zwracających uwagi na bezpieczeństwo żon. Z nieba spadały pioruny uderzające wszystkich żywych, drzewa przewracały się, a wiatr zrywał dachy. Wszystko ucichło. Byłem pośrodku wielkiej ruiny, która pozostała z mojego miasta. Dni zaczęły upływać w sekundę i pojawiały się noce, ciała gniły, porastał je mech lub zjadały bezdomne już zwierzęta. Podeszła do mnie ubrana na jasno dziewczyna. Przed nami otworzyła się ziemia i wyszła z niej ubrana na biało postać.
-"Patrzałem, aż postawiono trony, a Przedwieczny zajął miejsce. Szata Jego była biała jak śnieg, a włosy Jego jakby z czystej wełny. Tron Jego był z ognistych płomieni, a koła - niczym płonący ogień. Strumień żywiołu się rozlewał i wypływał od Niego. Tysiąc tysięcy służyło Mu, a dziesięć tysięcy po dziesięć tysięcy stało przed Nim. Sąd zasiadł i otwarto księgi ". Apokalipsa się rozpoczęła.
wtorek, 17 lutego 2015
25
Znaleźć się w głębi lasu. Nocą. Dla mnie to było marzeniem. Przestać myśleć o niebezpieczeństwach świata i zastanawiać się nad bestiami, które zsyłano na mnie od kilku tygodni. Dla innych? Przebywanie w lesie w tym czasie było darem od diabła. O ile w ogóle mogę tak powiedzieć, bo równie dobrze i z nim mogłem być nieświadomie zaprzyjaźniony. Wyobrażałem sobie krzyki cierpiących, rozszarpywanych dusz, którym i tak nie mogłem pomóc. Sama myśl, która powinna mnie odpychać, napawała mnie uczuciem zachwytu. Krótko mówiąc czekałem, aż jakaś niewinna osóbka zginie w męczarniach. I moje prośby zostały wysłuchane. Usłyszałem kroki. Wspiąłem się na drzewo, żeby móc obserwować cały spektakl, pozostając również niezauważonym. Zastanawiałem się, jaki potwór ich zaatakuje. W zasięgu mojego wzroku pojawiła się trójka pijanych ludzi, ledwo trzymająca się na nogach. Naokoło nich zaczął wić się wąż i może nie zrobiłby na mnie wrażenia, nawet jako przemieniony, ale udało mu się. Będąc zwierzo-podobnym nauczyłem się pamiętać, co cię osłabia, o bieganiu, oraz znać mitologię skandynawską. Gad był Jormungandem. Jednym ruchem wskoczył na szyję dziewczyny i zaczął owijać jej się wokół ciała. Wspiął się po nodze pod jej spódniczkę, a gdy jego ogon nadal zawijał się wokół kończyny, jego początek zaczął przedzierać się przez usta przerażonej dziewczyny, nie mogącej wydusić z siebie ani słowa. Jej towarzysze byli sparaliżowani. Gdy ofiara przestała oddychać, wąż rzucił się na dwie pozostał, odgryzając im po kolei nogi, palce u dłoni, ręce, oraz przyrodzenia i uważnie delektując się każdym ich krzykiem i bólem, przyprawiającym mnie o miłe dreszcze.
niedziela, 15 lutego 2015
24.
Można było szczerze powiedzieć, że otaczały mnie potwory. Nie chodziło mi o ludzi, którzy ślepo dążyli do bycia nimi, ale o będących blisko mnie przyjaciół. Poznawałem ich w dziwnych sytuacjach. Raz kiedy chroniłem ich ofiary, jeszcze innym razem, gdy to oni mieli chronić mnie lub, gdy przez pierwsze chwile widziałem w nich wroga. Czasem też gdy stawałem się tym złapanym. Gdy moją naturą było przebywanie, jak najczęściej w lasach, naturą jednej z moich przyjaciółek były łowy w tym miejscu. Spotkałem ją w młodości. Nie obserwowałem jeszcze wtedy żadnego z moich kroków, jak dziś i nawet w małej części tak nie uważałem. Pewnego dnia biegnąc pośród drzew coś zwróciło moją uwagę. Na gałęzi wysokiego dębu siedziała dziewczynka, była w moim wieku - miała może siedem lat. Nie była taka, jak inne dzieci, które znałem. Przez jej suknię zrobioną tylko ze ściółki wtapiała się w drzewo porośnięte mchem, a jej ciemno-zielone włosy były o wiele dłuższe niż ona sama. Otworzyła usta i zaczęła wydawać z siebie dźwięki, które jak na skrzydłach niosły mnie ku niej. Zacząłem wspinać się w jej stronę, a im bliżej niej byłem tym, bardziej cudowny śpiew zmieniał się w okropny pisk. Mimo to nadal ciągnął mnie w swoją stronę. Wbrew napełniającemu mnie szczęściu, postanowiłem ją zepchnąć. Instynkt nie pozwolił mi jej ufać. Spadła. Zeskoczyłem szybko, żeby zobaczyć czy nic jej się nie stało. Wstała i szybko schowała się przerażona za drzewo.
- Czekaj. - Uśmiechnąłem się w jej stronę. - Nie bój się. - Im bardziej się chowała, tym wydawała mi się bardziej przyjazna. Zacząłem ją gonić. Zauważyła w tym zabawę i nadal niepewnie, ale bawiła się ze mną. W końcu znalazłem kogoś równie dziwnego, tyle że ją wyróżniała jeszcze cecha zewnętrzna. Krowi ogon. Była Huldrą, o niezwykłej inteligencji i urodzie. Pewnego dnia jednak przepadła, a ja pogodziłem się z tym, że jej już nie zobaczę.
poniedziałek, 9 lutego 2015
23.
Urodziłem się dla pomocy. Nierealnym dla mnie było przejsć obojętnie obok rannej osoby, a widok zła obrzydzał mnie. Mordowanie było najgorszym z przestępstw krytykowanych przeze mnie, a ludzie, którzy choć raz zabili byli dla mnie skończeni. Nie chciałem żeby zniknęli, bo sama myśl o byciu jak oni wprawiała mnie w załamanie. Nie byłem idealny, bo chociaż pomagałem nigdy nie robiłem tego bezpośrednio. "Być niezauważonym" - takie właśnie było motto przemienionych, a w miasteczku takim jak moje za zwykłą drobnostkę zostałbym bohaterem. Od dziecka uczony, co jest złe, nagle sam stałem się własnym koszmarem. Mordercą.