Obudził mnie krzyk dobiegający z domu
mojej sąsiadki Clary. Piski i płacz wydawała jej nadzwyczaj
załamana matka. Nic nowego w tej rodzinie. Zazwyczaj pan Correy
wyolbrzymiał problemy, więc jego żona mogła się tym zarazić.
Moja ciocia wyleciała z domu, by nie zniszczyć swojej opinii
patronki kościoła. Nasłuchiwałem ich rozmowy. Poprzez krzyki pani
domu udało mi się wychwycić tylko ciche, jąkanie.
Nie żyje
Jeszcze wczoraj
widziałem ją z mamą w parku. To dziwne, że wypadki zdarzają się
zazwyczaj tak blisko domu. Bywa. Poszedłem dowiedzieć się co tak
naprawdę się stało.
Drzwi
były uchylone, wszedłem niezauważony do środka i po schodach
wbiegłem do pokoju Clary. Wychwycone przeze mnie: „rozszarpana”
i „pozbawiona tułowia” dały do myślenia. To musiała być ta
sama osoba, która zabiła Larę kilka tygodni temu. Nawet
Rada jeszcze go nie wychwyciła to musiał być groźny. W każdym
razie powoli zbliżał się do mojego domu, a nie jestem jaszczurką,
że wszystko mi odrasta. Szczególnie głowa. Obie ofiary były
dziewczynami, a one nie wychodzą same. To w końcu dziewczyny.
Żegnają się na jednej ulicy, skąd dosięga je monitoring
miejscowej parafii, zamontowany na wypadek, gdyby któryś z
małolatów wymykał się cudzołożyć. Coś musiało zmusić je do
wyjścia. To czego szukałem musiało je do tego zachęcić.
„Letnia
wyprzedaż!”, „Do 30% taniej”, „Najlepszy kebab w mieście,
rabat z kuponem” - Wszystko to znalazłem w szufladzie, w kopercie
podpisanej „Na wszelki wypadek”. Na wszelki wypadek gdyby
zabrakło mi do szalika, mógłbym pójść, kupić kebaba ze zniżką
i sprzedać w normalnej cenie. Może jakaś wieczorna oferta w
miasteczku obok sprawiła, że się wymknęła. Morderczy szał
zakupów. W każdym razie coś musiał po sobie zostawić.
Zamknąłem
oczy. Bez powodu, coś po prostu sprawiło, że to zrobiłem.
Spojrzałem w lustro i zobaczyłem, że zmieniły kolor. Ujrzałem
również białą aurę unoszącą się wokół mnie, która jak
dłonią wskazywała na jeden z obrazów. Był to narysowany kluczyk
oprawiony w grubą ramę. Zdjąłem go, tym samym zrzucając schowany
za nim kalendarzyk. Pierwsze strony przyciągnęły moją uwagę. W
miejscu na imię i nazwisko widniało więcej niż jedna para.
Clarissa Correy, Ann Jensen, Olivia, Marie, Stephanie... Clarie od
dziecka chorowała na mnogą osobowość. Czasem wypierała się
rodziców i miejsca zamieszkania. W notesie jeszcze inne rzeczy
przykuły moją uwagę. Wpis odnoszący się do wczorajszej daty.
„Pozbycie się Ann, Olii, Marie i Steph.”. Zanim zdążyłem
dokończyć jej tata pojawił się za mną w pokoju.
Upuściłem
nerwowo notes. Staliśmy obaj w ciszy patrząc się na siebie.
- Nie
powinienem jej wypuszczać. - Zaczął. - Widziałem jak wczoraj
wychodziła, słyszałem jego głos witający ją pod oknem, a mimo
to nie zareagowałem. - Nie panikował jak zwykle. Część jego
umarła. - Przypomniałem sobie siebie z jej matką, dwadzieścia lat
temu. Byliśmy tacy sami, też wymykaliśmy się, uciekaliśmy z
domu... - W jego głosie coraz bardziej rosło napięcie. - Ale
wracaliśmy do domu cali. Nikt o nas nie wiedział, nikogo to nie
obchodziło. Wtedy jeszcze nie wszystko było zabronione, wtedy
dzieci wiedziały co to wolność. A my nie daliśmy jej swojej
jedynej córce. - Znów uspokajał się i denerwował. - A raczej
jedynym córkom.
-
Clarii, Ann, Olivii, Marie i Stephanie... - Ocknął się po chwili z żałoby.
- Skąd
to wiesz? - Zwrócił uwagę na leżący na podłodze notes i na
sąsiada szperającego w rzeczach jego zmarłej córki. Ochrzan
ominął mnie tylko dlatego, że dostał zawału.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz