niedziela, 21 grudnia 2014

Ród Redern

Dzieci moich dzieci, ojcowie moich ojców, matki moich matek... Pierwsze pokolenie nie dowie się o niczym, o czym dowie się każdy inny. Nie zaznają  bólu rodzinnej klątwy, która ich ominie. Bo to oni są nieparzyście urodzeni pod szczęśliwą gwiazdą,  która sprawia, że urok dosięga tylko parzystych. Czyli takich, którzy są ojcami naszymi, a gdy zostaną dziadkami ich wnuczęta będą znowu przeklęci. Tym razem  byłem nieparzysty. Mimo to klątwa mnie dopadła. Dwudziesty trzeci z jednego z przeklętych rodów. Z rodu Redern'ów, ze strony matki.
Co w ogóle może oznaczać bycie nieparzystym? Pecha. Zwykłe przesądy zyskują na sile. Przejdź pod drabiną, wysyp sól. U nas przyjęto, że są prawdziwe, ale tylko ze względu na to, że pecha będziemy mieć całe życie. Z przesądami człowiek mniej sie bał, ale też szybciej umierał. W moim przypadku ja nadal pozosawałem żywy, ale odchodziło coraz więcej osób, na których mi zależało. I zazwyczaj z mojej winy. Bycie z rodu to było marzenie każdego. U przemienionych to była szlachta. Mało powiedziane, byliśmy królami! Zwierzopodobny z pierwszego rzędu mógł jedynie prosić o bycie naszą betą, co również było zaszczytem. Mięliśmy uczyć go tego, co sami potrafiliśmy. Bronić go, a i on musiał wykazać chęć, by umrzeć za nas. W tych samolubnych czasach trudno było znaleźć kogoś takiego. Towarzysza na śmierć i życie. Ja jednak swojego miałem. Jeszcze nie wiedział, że jestem z rodu, a już zachowywał się jakby był moją betą. Zresztą sam niewiedziałem czy to nie on był moją alfą. Obaj oddalibyśmy za siebie wszystko.

piątek, 5 grudnia 2014

Urok, część V(ostatnia) - Wywiad ze smokiem

- Czym tak naprawdę są smoki? Poza znaczeniem opisującym niesamowite stworzenia, smok to każdy z nas. To znaczy przemieniony, który nie jest bestią. Nie wiem czy powinienem się tak nazywać, bo w sumie nawet jako zwierzopodobny jestem odmieńcem wśród swoich. Dzisiaj się o tym przekonałem. Wszystko zaczęło się od uratowania świata, kiedy to zostałem skazany na siedem dni tortur, w każdą noc...
 - I co zrobiłeś? W końcu gdybyś się z tego nie uwolnił, nie opowiadałbyś mi o tym.
 - Minęło jakieś dziesięć nocy, kiedy czułem, że nie dam już rady. Mieszało mi się w głowie, myliłem zwroty i coraz częściej zapominałem jak się poruszać. Nie potrafiłem dobrać słów, ani powiedzieć niczego sensownego...
 - Teraz nie sprawia ci to problemu. Przejdź do sedna!
 - Znalazłem dziennik Svena. Był kapłanem i pierwszym przemienionym. Przypadkiem odnalazłem jego grób, gdzie pochowany był z Księgą Doświadczenia Zła. Zapisana była ona przez wiedźmy i jej prawowitego właściciela, który na ostatniej stronie opisał, jak jest w piekle. Nie było tam lepiej niż na torturach, jednak tam mogłem się bronić. Wprawdzie przez wieczność, ale chciałem spróbować.Wtedy nadal nie myślałem trzeźwo. Zabiłem się.
 - Jak to możliwe, jeśli siedzisz tu przede mną, oddychasz, odzywasz się, poruszasz?
 - Zgłębiając tajemnice wiecznego potępienia odkryłem wiele legend. Jedna z nich opowiadała o przemienionych, tak silnych, którzy przeżyli śmierć. Nazywano ich Innymi. Byli normalnymi przemienionymi, mieli jednak dodatkową wadę. Pragnienie. Jak na ironię, wampirze łaknienie krwi. Nie dla pożywienia, lecz dla młodości. Jedną z Innych była Elżbieta Batory, teraz uważana za zwykłą psychopatkę. To jednak nie była jej wina, że mordowała niewinne dziewice. Jej winą było pragnienie nieśmiertelności, które ją straciło. Do tej pory nie było żadnego Innego, oprócz mnie. Jestem jednym z dwóch w całej historii.

niedziela, 30 listopada 2014

Urok, część IV

Otworzyłem oczy.
To wszystko było snem. Niezwykle bolesnym i trudnym do zniesienia. Tyle cierpienia w jedną noc. Byłem głodny jak wilk. W sumie, byłem wilkiem, więc miałem takie prawo. Wstałem z łóżka i ruszyłem w stronę łazienki. Chciałem umyć zęby, ale widok, jaki ujrzałem w lustrze sprawił, że jednak zacząłem wierzyć. Miałem zakrwawioną twarz, a kły nie zamieniły się w ludzkie zęby. Oczy zatrzymały się w połowie. Jedno było białe, a drugie niebieskie. Przemyłem twarz. Dziś, było jedynym dniem, w którym nie mogłem chować się i próbować zmienić. Jak na złość ciocia Mercy malowała ściany, a ten zapach był gorszy od spalanej efibloryny. Ubrałem ciepłą czapkę i szalik, którym zakryłem usta. Wyszedłem z domu i popędziłem do lasu. Usiadłem pod szczęśliwym drzewem, w miejscu, które sobie upodobałem. Siedziałem tam, próbując zmienić chociaż kolor oczu. I nic.
Usłyszałem szmer w krzakach. Zakryłem usta szalikiem. To był Green. Odetchnąłem z ulgą.
- Co jest? Miałeś wpaść. - Nie przypominałem sobie, kiedy się umawialiśmy.
- Twojej mamie by się to nie spodobało. - Odsłoniłem twarz i podniosłem głowę, żeby zobaczył moje oczy.
- Co ty miedzianą protezę masz, że przemieniły ci się zęby? - Usiadł obok mnie.
- Sam chciałbym wiedzieć, ale to nie miedź. Nie mam pojęcia, co innego może nas przemieniać...

piątek, 28 listopada 2014

I opowiadanie z morałem, część I

Fraya, rok 1383, późna wiosna,
Wojska Alrandzkie zmierzały na zachodni wschód, kierując się na Złotą Dolinę. Był tam dokładny środek świata, w którym co trzysta sześćdziesiąt pięć dni odbywał się obrzęd oddania. Pięcioro dzieci palono na stosie, w imię Boga, który pomagał wygrywać wojny. Nie minęło osiemdziesiąt dni, a wielka trójka wydała nakaz sprowadzenia nowych ofiar. Zbliżała się najważniejsza bitwa Alrandów i Frayów. Marteusz III i Starl VI, dwaj bracia oddani do niewoli przez matkę i dwaj wielcy królowie, którzy nie potrafili rządzić w jednym królestwie. Obaj chcieli władzy absolutnej. Pierwszy z nich był ateistą. Nie wierzył w Stwórcę, ale aprobował nadzieję ludzi. Dlatego palił stosy.     
    Trzech chłopców i dwie dziewczynki stali już posłusznie  na marmurowej płycie, w samym sercu Złotej Doliny. Nie płakały, nie były nieszczęśliwe, a dumne, że to one sprawią, że ich naród wygra wojnę. Tym razem, nie rodzice podpalili swoich wielkich bohaterów. Sam król, chwycił pochodnię i zwrócił się w stronę ludu.
- Prości ludzie, szlachto, mieszczanie. Dziś staniecie się wojownikami. Starl VI, mój rodzony brat, który rozpoczął wojnę pomiędzy narodami, zapłaci z swoje grzechy! Boże, składamy ci piątkę tych istot, które oddadzą swój los w twoje ręce. Za to ty, daj nam siłę, abyśmy godnie pokonali mego brata.
      - Panie. Powierzam ci się w twoje ręce. Ja Starl, zawsze ci wierny i posłuszny, syn grzesznej, jednak nawrócony. Twój święty posłaniec, proszę cię dziś o pomoc, przeciwko memu bratu. Amen. - Starl wstał z ławy kościelnej i odszedł..

wtorek, 25 listopada 2014

Urok, część III

Mijała czwarta noc. Codziennie było coraz gorzej, a ja powoli nie wytrzymywałem. Pierwszego i drugiego dnia byłem tylko biczowany. Trzeciego do komnaty wpuszczono dzikie dzwierzęta, które były na tyle silne by mnie zranić i na tyle słabe by nie zabić. Dziś jednak było najgorzej. Rada postanowiła się mną pobawić, a przynajmniej ciemnowłosa bliźniaczka. Zaświeciła swoimi żółtymi oczami, po czym przemieniła się w orła. Postanowiła zrobić ze mnie Prometeusza i wyjadała mi wątrobę. Nie mogłem już tego znieść. Opadałem z sił, a gdy próbowałem usiąść, z  podłogi wysuwały się kolce nasączone famindyną. Nie mogłem uciec, a tak żyć było męczarnią. Wiedziałem, co chcieli ze mną zrobić. Głodzili mnie. Jeszcze parę dni i nie będę nad tym panować. Stanę się morderczym wilkiem leżącym u ich stóp, na miedzianej obroży. Bałem się kolejnego poranka.
Piąty dzień. Nie rozumiałem co się działo. Kolce nie wysuwały się, a liny były poprzecinane. Położyłem się pod ścianą i odetchnąłem z ulgą. Do tej pory nie mogłem nawet spać, a teraz miałem wystarczające warunki, by to zrobić. Ale wciąż brakowało mi jedzenia, białek. Mój organizm męczył się coraz bardziej.
Otworzono żelazne drzwi. Radna weszła przez nie, wlokąc za sobą ledwo żywą kobietę i rzuciła przede mnie, jak zwykły kawałek pogiętego papieru. Zaparłem się mocniej i złapałem rękoma za dziury, w kamiennej ścianie. Błagałem Boga, żeby tylko nie dopadł mnie instynkt. A jednak. Straciłem panowanie nad sobą, czułem jak moje oczy zmieniają kolor, zęby przemieniają się w kły, a skóra porastała futrem. Ruszyłem w stronę piszczącej kobiety. Nie minęła chwila, a zjadałem martwe szczątki leżące przede mną. Zyskałem siłę i uciekłem.
To wszystko było za proste...

środa, 19 listopada 2014

Urok, część II

Zwróciłem się w stronę ludu.
- I co dalej? Przez parę lat, będziecie żyć w idealnej cywilizacji, a co potem? Będziecie zabijać swoje dzieci, które nie mają prawa być tacy jak my? Będą słabi, dlatego pozbawicie ich życia. W końcu sami umrzecie, zsyłając na świat śmierć. - Wszyscy zaczęli się naradzać. Jasnowłosa Radna odepchnęła mnie, zsyłając zarazem mroczne spojrzenie.
- Znajdziemy sposób na przetrwanie. Będziemy oszczędzać ludzi, którzy będą dla nas pracować i wydawać nasze dzieci na świat. - Podniosłem się z podłogi.
- Nie każde dziecko, będzie przemienionym, będzie nas mało, powoli zaczniemy się topić w przybytku, a sami nie będziemy mogli wydawać potomstwa, które żyłoby równie długo, co my.
- Chłopak dobrze mówi! - Jeden z przywódców krzyknął. Wszyscy zaczęli wychodzić.
I tak uratowałem ludzkość.
No przynajmniej mniej więcej tak. Przy okazji zesłałem na siebie wieczne potępienie. Rada wkurzyła się na mnie bardziej niż zwykle. Przywiązali mnie do tego samego pala, co wcześniej nieżywego chłopaka i codziennie torturowali. Famindyną, efibloryną, miedzią... Zadawali mi ból, aż do znudzenia, a ja jedynie mogłem czekać na zbawienie.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Urok, część I

Były tam dziesiątki ludzi. Rada wystąpiła do przodu i zatrzymała się dopiero, gdy znalazła się mniej więcej w samym środku komnaty. Był tam pal, do którego przywiązany był pół nagi mężczyzna, okryty jedynie szatą owiniętą wokół pasa. Jedna z bliźniaczek - członkini Rady, wyszła przed szereg, kierując się w stronę stojącego obok młodzieńca. Gdy tylko się zbliżyła, chłopak pochylił głowę i podał jej miecz. Srebrne ostrze ze złotą klingą. Kobieta uniosła go ku górze i zwróciła do zgromadzonych.
- Jahrlowie Złotego Królestwa! To nam, dziś zarzucono niesprawiedliwość! - Chodziła ponuro, powoli otaczając więźnia. - To my! Żyjący w cieniu wielkiego świata i ukrywający się w obawie wiecznego potępienia, jesteśmy oskarżeni! - Tłum krzyknął na znak zgody. - Dlatego to my, pozbędziemy się ich, by zaludnić ziemię podobnymi nam.
- Mamy wśród siebie zdrajców. - Druga siostra ciągnęła dalej. - Wydają wciąż nasze istnienie rasie ludzkiej. Ten moment rozpocznie nowy początek naszego istnienia.
- Człowiek. - Zakapturzony Radny nie odzywał się, oddając tym samym głos wspólniczkom.- Nędzna imitacja naszego gatunku, słabsza i gorsza! Jesteśmy silniejsi, bardziej odporni! - Chwyciła mocniej stal i nacięła ostrzem linię, na torsie więźnia. - To jest właśnie rasa dominująca. Nie leczą się, umierają na choroby. - Nacinała mu kolejne rany, które tworzyły romb. Dopiero gdy w środku pojawiło się krwawe "S", zrozumiałem co się dzieje. Człowiek cierpiał. Próbował nie krzyczeć, nerwowo łapiąc powietrze. Nie miałem serca, by na niego patrzeć. Przepchnąłem się przez tłum, po czym rozłożyłem sztylet i skróciłem nieszczęśnika o głowę..

niedziela, 16 listopada 2014

Krótki wstęp


Jak pewnie zauważyliście moje posty to krótkie opowiadania na temat... I tu właśnie wyjaśniam. Jestem początkującą "pisarką" i właśnie tworze pierwszą moją książkę. Opowiada ona o przemienionych, pół ludziach, pół zwierzętach. Postanowiłam, że raz na jakiś czas będę wstawiać kilka stron tego co napiszę albo przynajmniej pisać jakieś opowiadania. Mam nadzieje, że spodoba wam się pełna przygód, śmierci i angielskiego humoru praca.

sobota, 15 listopada 2014

Drabble

Od trzech miesięcy próbowałem się pozbierać. To było trudne, bo odeszła bez słowa. Zostawiła mnie. Zrobiła to dla mojego dobra, ale wcale tego nie czułem. Czułem się źle i zamiast zapomnieć coraz bardziej ją pamiętałem. Przypominały mi się nasze wspólne chwile. Zawsze było dziwnie, ale przez to było ciekawie. Kiedy inni normalni nastolatkowie chodzili o parku czy restauracji, my zabijaliśmy się próbując naszą wytrzymałość. Nie było to przyjemnie, kiedy jej kolejna strzała mnie przebijała, ale oddałbym teraz wszystko by przeżyć to jeszcze raz. To było zabawne bo nigdy nie przejmowałem się uczuciami, a czyjaś śmierć była mi obojętna. Bez sensu.

Dribble

Było beznadziejnie. W jednym momencie myślałem czemu po prostu się nie zabić. Jednak w moim przypadku było to trudniejsze, niż zwykłe powieszenie. Pamiętałem jak było. Byliśmy dla siebie jak słońce i ziemia. Ona wskazywała drogę, pokazywała ukryte w ciemnościach dobro. Potrafiła mnie ogrzać uśmiechem i zniszczyć. Ironia. Pochłonęło ją zło.

Początek

Na początku była śmierć, która rozpoczęła nowe życie. Cierpienie, które kończąc się zwiastowało szczęście i samotność, która zawsze kończyła się szczerą przyjaźnią. Wrogowie, którzy z czasem stawali się naszymi przyjaciółmi i przyjaciele, którzy stawali się naszymi wrogami. Dobro, które zmieniało się w najgorsze zło i, zło z którego rodziło się dobro. Oraz smoki, obserwujące bacznie świat.