To wszystko było snem. Niezwykle bolesnym i trudnym do zniesienia. Tyle cierpienia w jedną noc. Byłem głodny jak wilk. W sumie, byłem wilkiem, więc miałem takie prawo. Wstałem z łóżka i ruszyłem w stronę łazienki. Chciałem umyć zęby, ale widok, jaki ujrzałem w lustrze sprawił, że jednak zacząłem wierzyć. Miałem zakrwawioną twarz, a kły nie zamieniły się w ludzkie zęby. Oczy zatrzymały się w połowie. Jedno było białe, a drugie niebieskie. Przemyłem twarz. Dziś, było jedynym dniem, w którym nie mogłem chować się i próbować zmienić. Jak na złość ciocia Mercy malowała ściany, a ten zapach był gorszy od spalanej efibloryny. Ubrałem ciepłą czapkę i szalik, którym zakryłem usta. Wyszedłem z domu i popędziłem do lasu. Usiadłem pod szczęśliwym drzewem, w miejscu, które sobie upodobałem. Siedziałem tam, próbując zmienić chociaż kolor oczu. I nic.
Usłyszałem szmer w krzakach. Zakryłem usta szalikiem. To był Green. Odetchnąłem z ulgą.
- Co jest? Miałeś wpaść. - Nie przypominałem sobie, kiedy się umawialiśmy.
- Twojej mamie by się to nie spodobało. - Odsłoniłem twarz i podniosłem głowę, żeby zobaczył moje oczy.
- Co ty miedzianą protezę masz, że przemieniły ci się zęby? - Usiadł obok mnie.
- Sam chciałbym wiedzieć, ale to nie miedź. Nie mam pojęcia, co innego może nas przemieniać...